Sceny bitewne

Początek roku szkolnego to najlepszy moment na uzgodnienie reguł w relacjach między domem a szkołą. Żeby dobrze wychowywać młodych ludzi, potrzebny jest sojusz rodziców i nauczycieli. Tymczasem często w polskiej rzeczywistości rozgrywa się między nimi pojedynek.

 

Za nami pierwsze szkolne zebrania, na których wychowawcy klas spotykali się z rodzicami swoich uczniów. Zwykle spotkania te służą sprawom organizacyjnym, wyborom rad rodziców, ustalaniu składek, informowaniu o terminach ferii czy wycieczek. Najczęściej brakuje czasu, aby szkolne zebrania spożytkować na ustalenia fundamentalne. By wychowywanie uczniów miało sens, powinno opierać się na wspólnocie wychowawczej domu i szkoły, w której obie strony postępują wedle tych samych reguł, konsekwentnie stawiają uzgodnione wymagania i wspólnie je egzekwują. Taki rodzicielsko-nauczycielski sojusz rokuje pożądaną skuteczność, podobnie jak sojusz ojca z matką w wychowaniu rodzinnym.

Wartościowe wychowanie młodych ludzi jest możliwe pod warunkiem, że uczniowie, ich rodzice i nauczyciele będą się wzajemnie szanować. Tymczasem w tysiącach polskich domów i szkół rozgrywają się epizody, które zaprzeczają zdroworozsądkowemu modelowi wychowawczemu, jakiego – często wbrew pozorom – młodzi od dorosłych oczekują. Oto przykłady wzięte z nauczycielskiej i rodzicielskiej praktyki.

Scena 1:

W atmosferze wypoczynkowego grillowania w grupie zmieszanych pokoleń odbywa się żywa dyskusja dorosłych, której z zainteresowaniem przysłuchują się ich dzieci. I dowiadują się, że „dyrektor szkoły to …..”, „kobieta od matematyki to ….”, „wychowawczyni to zarozumiała …..”, „regulamin szkolny to farsa”, „stopnie są niesprawiedliwe”.

Scena 2:

Ojciec zasiadający przed wychowawczynią podczas wywiadówki spogląda niecierpliwie na zegarek: „Niech pani mówi szybko, co tam słychać u mojej córki, bo mam za chwilę samolot…”. Nauczycielka: „To może niech pan przyjdzie wtedy, gdy będzie pan miał czas na rozmowę”. Ojciec na to: „Czy pani myśli, że życie toczy się wyłącznie wokół szkoły?”.

Scena 3:

Na zebraniu z rodzicami wychowawczyni opowiada, że kiedy zatelefonowała do ojca swojego wychowanka z informacją o całodziennej nieobecności jego syna w szkole, rodzic wyraził zdziwienie. A nazajutrz uczeń wręczył wychowawczyni pisemne rodzicielskie usprawiedliwienie nieobecności w szkole. Nauczycielka proponuje rodzicom, by się wspólnie zastanowić nad sensem tego procederu. Jedna z matek stwierdza, że nie ma się tu nad czym zastanawiać. W domu takie dziecko i tak ma za swoje; po co je jeszcze stresować nieusprawiedliwionymi godzinami w szkole? Pewien ojciec mówi, że nie rozumie aluzji wychowawczyni: przecież dzięki usprawiedliwionym przez rodziców godzinom klasa zajmuje wysokie miejsce w szkole na liście frekwencji. Kolejna matka wzrusza ramionami, komentując, że niepotrzebnie robi się z igły widły, skoro rodzice mają do usprawiedliwiania swoich dzieci święte prawo, a nauczycielom nic do tego. Na zwróconą uwagę, że usprawiedliwienie nieobecności dziecka w szkole jest w mocy tylko wtedy, gdy zawiera przyczynę nieobecności, rodzic oburza się: „Nie będę się przecież przed panią tłumaczył z osobistych problemów dziecka; to prywatna sprawa”.

Scena 4:

Rodzic na wywiadówce słyszy, że dziecko jest zdolne, ale leniwe. Taka opinia bardzo go cieszy i uspokaja; niektórzy potrafią być nawet dumni, prawdopodobnie cechom genetycznym przypisując wrodzoną inteligencję swego potomstwa. Często nie przekonuje ich upomnienie nauczyciela, że same zdolności nie wystarczą, że trzeba je pielęgnować pracą. „Gdyby chciał, miałby same piątki” – stwierdzają zadowoleni z nieuzasadnioną pewnością, a braku chęci nie postrzegają w kategoriach przywary. Dziecko usłyszawszy relację rodzica z wywiadówki: „Pani powiedziała, że jesteś zdolny, ale leniwy”, uznaje taką opinię za komplement.

Scena 5:

Rozkraczony chłopiec huśta się na krześle podczas rozmowy ze stojącym nad nim nauczycielem. Wyciągnięta na posadzce korytarza szkolnego i żująca gumę dziewczynka swobodnie rozmawia z pochyloną nad nią nauczycielką. Ciekawe, czy rodzice tych uczniów pouczyli ich, jak wypada rozmawiać z dorosłymi. Nauczyciel i nauczycielka nie komentują ich zachowania. Poprzestają na przekonaniu, że rodzice źle wychowali swoje dzieci, czy nie chcą być posądzeni o niemodne sztywniactwo?

Scena 6:

Mama poucza syna skarżącego się na niesprawiedliwą nauczycielkę („Ja się przecież uczę, a ona stawia mi jedynki”): „Weź ją na urok osobisty, uśmiechnij się, powiedz jakiś komplement, pomóż w jakiejś czynności i przytakuj we wszystkim. Gdy cię pozna od tej strony, na pewno będziesz miał lepsze stopnie”. Po czym komentuje: „Młody jeszcze jest, życia nie zna”.

Scena 7:

Pod koniec roku szkolnego doświadczony uczeń poucza młodszego kolegę, zagrożonego oceną niedostateczną z przedmiotu: „Zobaczysz, przepuści cię; nie będzie sobie przecież skracała wakacji twoją sierpniową poprawką; głupia nie jest”.

Scena 8:

Odprowadzający swoje pociechy na miejsce zbiórki wycieczki szkolnej rodzice życzą nauczycielom „dobrego wypoczynku”. Nauczyciele komentują te życzenia: przecież są odpowiedzialni za ich dzieci 24 godziny na dobę i nie otrzymują za dodatkowe godziny pracy wynagrodzenia, a młodzież – wiadomo – wycieczki traktuje jako okazję do urwania się ze smyczy rodziców.

Itd.

Pojedynek zamiast solidarności

Te powszechnie spotykane sytuacje ilustrują wadliwe relacje między szkołą i domem, a przede wszystkim zapowiadają ich niebezpieczne konsekwencje: dla przyszłych dorosłych i dla społeczeństwa.

Symptomatyczna zmiana nazwy Ministerstwa Oświaty i Wychowania na Ministerstwo Edukacji nie zmieniła faktu, że polskie szkoły publiczne wciąż mają za zadanie wychowywać. Uczniowie otrzymują oceny z zachowania, istnieje funkcja wychowawcy klasy, raz w tygodniu odbywa się lekcja wychowawcza, szkoła zatrudnia pedagogów do rozwiązywania problemów wychowawczych, plan pracy szkoły przewiduje dodatkowe zajęcia wychowawcze (np. spotkania z przedstawicielami policji, psychologami, terapeutami). A wyniki?

Cóż, najłagodniej mówiąc, model wychowania polskich uczniów pozostawia wiele do życzenia. I nie tylko dlatego, że brakuje spójnych podstaw programu wychowawczego (bo brakuje), ale przede wszystkim z powodu braku wzajemnego zaufania między szkołą i domem. Krytykowanie rodziców przez nauczycieli i nauczycieli przez rodziców podtrzymuje rozgrywkę między dwoma wrogimi sobie obozami, podczas gdy dom i szkoła powinny grać w jednej drużynie wychowawców.

Nowy rok szkolny warto zacząć od godziny wychowawczej.

(Autorką tekstu jest nauczycielka języka polskiego w XVII Liceum Ogólnokształcącym im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Warszawie).

Monika Leśnik

Źródło: (http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1530289,3,kto-wychowuje-dzieci-szkola-czy-rodzice.read)